Samochód gwałtownie zahamował, tak, że gdybym nie była przypięta pasami, zapewne wylądowałabym na przedniej szybie.
-Co ty robisz dziewczyno!? Jesteś jakaś opętana, czy co!? Z jakiego powodu tak się wydzierasz, że omal przez ciebie nie spowodowałem wypadku!-krzyczał na mnie kierowca.
-No bo tam stał jakiś...-nie było sensu się tłumaczyć, wiedziałam, że go tam już na pewno nie było.-Przepraszam pana bardzo, nie chciałam tak się wydzierać.-przeprosiłam tylko.
-No ja myślę...-odparł kierowca i ruszyliśmy.
Reszta drogi minęła nam w milczeniu choć kierowca jeszcze parę razy zadawał pytania o co mi chodziło, ja jednak go zbywałam, mówiąc ze to nic takiego, albo ze kot wszedł na jezdnie.
W końcu wjechaliśmy do ciemnego lasu, a gdy już po piętnastu minutach z niego wyjechaliśmy naszym oczom ukazał się wielki dom. Stal on sam jeden pośrodku pola. Okrążony przez las. Samochód zaczął zwalniać, a po chwili zupełnie stanął.
-No to jesteśmy na miejscu.-rzekł kierowca, wysiadł z samochodu i zaczął wyjmować mój bagaż ( przecież wszystkie rzeczy miały przyjechać jutro przesyłka.).
-Nie, chwila, to chyba jakaś pomyłka...-zaczęłam patrząc na dom.
Kierowca uśmiechnął się tylko pod wąsem pokazał mi kartkę z adresem a potem palcem wskazał na tabliczkę na drzwiach. Faktycznie adres się zgadzał.
-No dobrze...-westchnęłam, zapłaciłam rachunek i podziękowałam. Taksówka odjechała i zostawiła mnie samą na tym odludziu.
Podeszłam do wielkich drzwi i zapukałam w nie wielka kołatką. Nikt nie przyszedł otworzyć, nie słyszałam nawet zadnym odgłosów dochodzących ze środka. Po paru minutach znowu zapukałam i znowu nikt mi nie otworzył. W końcu po pięciu minutach walenia do drzwi usłyszałam powolne kroki i stukanie laska o posadzkę. Po chwili drzwi uchyliły się i stanęła w nich starsza kobieta w siwych włosach o lasce-moja babcia.
-Czego znowu chcecie mówiłam wam już ze sto razy, że nie chce waszych obrzydliwych harcerskich ciastek!-krzyknęła i już miała zamknąć mi przed nosem drzwi gdy się odezwałam:
-Babciu to ja Olivia.
-Ach to ty? Miałaś przyjechać cztery godziny temu! Twoja matka tak mówiła-zaczęła zrzędliwym głosem.
-Nie, nie, musiała zajść pomyłka miałam przyjechać dokładnie o godzinie która jest teraz.-zaczęłam tłumaczyć lecz na mi przerwała.
-No coś podobnego rodzice cie nie nauczyli, że się nie pyskuje? A cha i nie mów do mnie per ty-babcia, bo nie przywykłam do takich obyczajów. Mów pani babciu. Tak?
-Oczywiście.-odrzekłam i weszłyśmy do domu, czuć było w nim lekka stęchlizną.
-Zasady panujące w tym domu są takie:
Kładź się o godzinie, której chcesz, ale cisza ma być już po dwudziestej drugiej.
Pierzesz sobie ciuchy sama.
Nie wchodzisz do mojego pokoju.
Nie przeszkadzaj mi.
Nie przyprowadzaj do domu żadnych zwierząt.
Jedzenie rób sobie sama z jedzenia, które sama sobie kupisz za pieniądze od twojej matki, jedynie obiad będziesz mogła ze mną zjeść zrobiony prze zemnie ale tylko jeśli przyjdziesz o 15.30, jeśli nie, radź sobie sama.
To na razie wszystko, jeśli coś mi się jeszcze przypomni to ci powiem. Twój pokój jest na górze, pierwszy w prawym skrzydle. Mam nadzieje, że nie będzie za duży. A teraz idź się połóż i nie myszkuj po domu, ani mi nie przeszkadzaj. Do widzenia.-Zasady wyrecytowała tak chłodnym głosem, że jeszcze bardziej zatęskniłam za Melody i za domem. Poszła na górę, a drzwi trzasnęły.
Ja w tym czasie wzięłam bagaż i poszłam do góry. Jak się okazało ten dom miał aż trzy piętra, każde z dwoma skrzydłami. Nie za długo zajęło mi szukanie swojego pokoju. Ale, gdy tylko weszłam do środka, dech zaparło mi w piersiach. Pokój był olbrzymi. Chyba z trzy razy większy niż całe moje mieszkanie w Chicago. Nie mogłam w to uwierzyć. Jedyne co udało mi się powiedzieć to było:
-Wow.
Zaczęłam się rozpakowywać, nie miałam dużo rzeczy, właściwie to tylko ubranie na następny dzień, laptop, kosmetyczkę i kapcie. Gdy już skończyłam oględziny pokoju, włącznie z wielka garderobą i własna łazienką przebrałam się w pidżamę i wsunęłam do łóżka. Napisałam jeszcze tylko do mamy i do Mel, że wszystko jest ok, że dotarłam i poszłam spać z myślą co przyniesie kolejny dzień.
Już zasypiałam, gdy z dołu dobiegł mnie odgłos otwieranych drzwi zewnętrznych i wspinania się po schodach. Pierwszą myślą, która wpadła mi do głowy, był sino-blady mężczyzna...
piątek, 19 lipca 2013
niedziela, 14 lipca 2013
Rozdział czwarty
Tuz po wejsciu do samolotu powitala mnie usmiechnieta stewardessa.
-Witamy na pokladzie naszego samolotu. Bardzo sie cieszymy ze pani do nas dotarla panno White.
-Tak, ja tez sie ciesze.-odpowiedzialam z grzecznosci, choc wogole sie nie cieszylam.-Gdzie mam usiąsć?-Spytałam, bo wlasnie zauwazylam ze samolot jest pelny.
-Juz, juz.-zaswiergotala stewardessa i pociagnela mnie na koniec samolotu. Bylo tam tylko jedne, jedyne wolne miejsce. Mianowicie, kolo okna.
-Milej podrozy, znow zapiszczala mloda pracownica i odeszla. ja w tym czasie juz sie przeciskałam przez jaiegos spiacego grubasa, a potem przez malego chlopca, na oko osmiolatka, zapewne syna tegoz grubasa..
Gdy tylko usiadlam wyjelam z plaecaka ipoda, sluchawki i telefon. Pospiesznie zerknelam na wyswietlacz telefonu i zorientowalam sie ze za minute startujemy. Szybko napisalam esemesa do melody i ze wszystko jest ok i ze siedze juz w samolocie, poczym wylaczylam telefon i poczulam ze samolot rusza. Zapielam pasy, a samolot nabierał predkosci, wraz z oderwaniem sie kol od ziemi, zerknelam w okno i zmartwialam. Na pasie startowym stal meszczyzna ktorego widzialam tamtego dnia na chodniku. Znowu usmiechnol sie do mnie przerazajaco po czym zniknal w czasie gdy my juz bylismy w powietrzu. Już chciałam wrzeszczec na caly samolot i uciec z niego jak najszybciej, jednak powsztrzymaly mnie przedtym pasy i zdolalam tylko wyszeptac:
-O Mój Boże...
-Jak sie chcesz modlic to rob to w mylach, bo rozprasza mnie to w graniu.-Dopiero teraz spojrzałam w bok i zauwazylam ze mowil to osmiolatek, tyle z teraz trzymal jeszcze w rekach konsole PsP. Nawet na mnie nie spojrzal gdy powiedzialam po cichu.
-Wcale sie teraz nie modle, tylko po prosu... tam stal... i ja juz go...ehh-westchnelam i stwierdzilam ze sie pogrązam i ze maly chlopak mnie wcale nie slucha. Jednak po pieciu minutach pelnej ciszy, dzieciak znowu sie odezwal:
-A tak wogule to jestem Louis, a ty, a ty, a ty? O! Juz wiem jestes Bella tak?? Taak, napewno, napewno jestes Bella, ja sie znam.-Zaczal gadac jak nakrecona lalka, a ja zeby ten Louis sie odczepil i zebym mogla w koncu wlaczyc ipoda odpowiedzialam:
-Nie, nie jestem Bella, tylko Olivia i bardzo cie prosze zebys sie odczepil.-juz mialam wkladac sluchawki do uszu gdy chlopak znowu zagadnal:
-A chcesz byc moja dziewczyna?
O malo sie nie zakrztusialam.
-Co? Co powiedzialeś?-zawolalam smiejac sie.
-Noo, czy chcesz byc moja dziewczyna?-ponowil pytanie.
-Masz z osiem lat, a ja szesnascie!
-No i co? Wiek nie stanowi problemu!-krzyknal.
A ja juz zaczelam sie wkurzac. Wiem ze to tylko dziecko ale sytuacja z dwoch ostatnich dni mnie przewyzszala i moze dlatego wlasnie w tym momencie zaczelam krzyczec na niewinne dziecko:
-Sluchaj, wez sie odemnie w koncu odczep! Mam juz na glowie tyle problemow ze nie mam ani czasu ani ochoty z toba gadac na ten temat! Nie sorry wogule nie mam ochoty z toba rozmawiac!
Spojrzalam na niego z nienawiscia a on zacząl plakac. Nie wiedzialam co mam zrobic i poprosilam stewardesse o chusteczki. Rzucilam mu tylko jeszcze szybkie przepraszam, po czym wlozylam sluchawki do uszu i wlaczylam muzyke na caly regulator. Louis przez chwile jeszcze sie na mnie patrzyl, ale gdy tylko odwrocilam glowe w strone okna, on tez wrocil do swojej gry na PsP. Reszte podrozy spedzilam sluchajac muzyki. Nawet sie nie zorientowalam gdy wszyscy wysiedlui z samolotu, a ja jedna siedzialam w fotelu.
Na lotnisku byl wielki tlok, a ja nie chcialam dzwonic do babci, zeby po mnie przyjezdzala, bo nawet nie wiedzialam czy ma samochod, no i przedewszystkim nie chcialam jej juz na poczatku niepotrzebnie denerwowac. Tak wiec wyszlam przed lotnisko i wsiadlam do najblizszej taksowki, wyjelam karteczke z adresem domu babci i podalam ja taksowkarzowi. On wlozyl bagaze i od razu ruszyl. Jazda byla dluga i wlasnie mijala juz godzina, a taksowkarz powiedzial ze za czterdziesci piec minut powinnismy byc na miejscu gdy nagle na drodze przed nami pojawil sie cien. I choc byla mgla, i nie bylo widac kto stoi na drodze. To ja wiedzialam, to byl on. Męzczyzna, usmiechajacy sie swoimi zebami jak igly...
-Witamy na pokladzie naszego samolotu. Bardzo sie cieszymy ze pani do nas dotarla panno White.
-Tak, ja tez sie ciesze.-odpowiedzialam z grzecznosci, choc wogole sie nie cieszylam.-Gdzie mam usiąsć?-Spytałam, bo wlasnie zauwazylam ze samolot jest pelny.
-Juz, juz.-zaswiergotala stewardessa i pociagnela mnie na koniec samolotu. Bylo tam tylko jedne, jedyne wolne miejsce. Mianowicie, kolo okna.
-Milej podrozy, znow zapiszczala mloda pracownica i odeszla. ja w tym czasie juz sie przeciskałam przez jaiegos spiacego grubasa, a potem przez malego chlopca, na oko osmiolatka, zapewne syna tegoz grubasa..
Gdy tylko usiadlam wyjelam z plaecaka ipoda, sluchawki i telefon. Pospiesznie zerknelam na wyswietlacz telefonu i zorientowalam sie ze za minute startujemy. Szybko napisalam esemesa do melody i ze wszystko jest ok i ze siedze juz w samolocie, poczym wylaczylam telefon i poczulam ze samolot rusza. Zapielam pasy, a samolot nabierał predkosci, wraz z oderwaniem sie kol od ziemi, zerknelam w okno i zmartwialam. Na pasie startowym stal meszczyzna ktorego widzialam tamtego dnia na chodniku. Znowu usmiechnol sie do mnie przerazajaco po czym zniknal w czasie gdy my juz bylismy w powietrzu. Już chciałam wrzeszczec na caly samolot i uciec z niego jak najszybciej, jednak powsztrzymaly mnie przedtym pasy i zdolalam tylko wyszeptac:
-O Mój Boże...
-Jak sie chcesz modlic to rob to w mylach, bo rozprasza mnie to w graniu.-Dopiero teraz spojrzałam w bok i zauwazylam ze mowil to osmiolatek, tyle z teraz trzymal jeszcze w rekach konsole PsP. Nawet na mnie nie spojrzal gdy powiedzialam po cichu.
-Wcale sie teraz nie modle, tylko po prosu... tam stal... i ja juz go...ehh-westchnelam i stwierdzilam ze sie pogrązam i ze maly chlopak mnie wcale nie slucha. Jednak po pieciu minutach pelnej ciszy, dzieciak znowu sie odezwal:
-A tak wogule to jestem Louis, a ty, a ty, a ty? O! Juz wiem jestes Bella tak?? Taak, napewno, napewno jestes Bella, ja sie znam.-Zaczal gadac jak nakrecona lalka, a ja zeby ten Louis sie odczepil i zebym mogla w koncu wlaczyc ipoda odpowiedzialam:
-Nie, nie jestem Bella, tylko Olivia i bardzo cie prosze zebys sie odczepil.-juz mialam wkladac sluchawki do uszu gdy chlopak znowu zagadnal:
-A chcesz byc moja dziewczyna?
O malo sie nie zakrztusialam.
-Co? Co powiedzialeś?-zawolalam smiejac sie.
-Noo, czy chcesz byc moja dziewczyna?-ponowil pytanie.
-Masz z osiem lat, a ja szesnascie!
-No i co? Wiek nie stanowi problemu!-krzyknal.
A ja juz zaczelam sie wkurzac. Wiem ze to tylko dziecko ale sytuacja z dwoch ostatnich dni mnie przewyzszala i moze dlatego wlasnie w tym momencie zaczelam krzyczec na niewinne dziecko:
-Sluchaj, wez sie odemnie w koncu odczep! Mam juz na glowie tyle problemow ze nie mam ani czasu ani ochoty z toba gadac na ten temat! Nie sorry wogule nie mam ochoty z toba rozmawiac!
Spojrzalam na niego z nienawiscia a on zacząl plakac. Nie wiedzialam co mam zrobic i poprosilam stewardesse o chusteczki. Rzucilam mu tylko jeszcze szybkie przepraszam, po czym wlozylam sluchawki do uszu i wlaczylam muzyke na caly regulator. Louis przez chwile jeszcze sie na mnie patrzyl, ale gdy tylko odwrocilam glowe w strone okna, on tez wrocil do swojej gry na PsP. Reszte podrozy spedzilam sluchajac muzyki. Nawet sie nie zorientowalam gdy wszyscy wysiedlui z samolotu, a ja jedna siedzialam w fotelu.
Na lotnisku byl wielki tlok, a ja nie chcialam dzwonic do babci, zeby po mnie przyjezdzala, bo nawet nie wiedzialam czy ma samochod, no i przedewszystkim nie chcialam jej juz na poczatku niepotrzebnie denerwowac. Tak wiec wyszlam przed lotnisko i wsiadlam do najblizszej taksowki, wyjelam karteczke z adresem domu babci i podalam ja taksowkarzowi. On wlozyl bagaze i od razu ruszyl. Jazda byla dluga i wlasnie mijala juz godzina, a taksowkarz powiedzial ze za czterdziesci piec minut powinnismy byc na miejscu gdy nagle na drodze przed nami pojawil sie cien. I choc byla mgla, i nie bylo widac kto stoi na drodze. To ja wiedzialam, to byl on. Męzczyzna, usmiechajacy sie swoimi zebami jak igly...
sobota, 13 lipca 2013
Rozdział trzeci.
-Nie wierzę Ci!! Slyszysz co do ciebie mowie? Haaalo Olivia, nie rob sobie ze mnie jaj, dobrze? Wiesz przeciez ze nie lubie, gdy ktos robi mnie w konia... Chodmy juz lepiej do ciebie do domu, wypozyczylam mnostwo filmow i kupilam chyba z dwadziescia paczek popcornu. Wiem, wiem ze to duzo jak na tydzien, ale...
-Melody ja nie zartuje. Nie trajkocz tyle, za pol godziny mam samolot i chcialam ten czas spedzic na pozegnaniu z toba.-Bylo chłodne popoludnie, a ja nadal nie rozumialam czemu slonce nie wychodzilo. Przeciez byly wakacje... Jednak to w tej chwili sie nie liczylo. liczylo sie tylko by sie pozegnac. Niestety ja juz tracilam cierpliwosc od pietnastu minut probowalam wytlumaczyc Melody sytuacje. Niestety ona nadal tego nie pojmowala.
-I ze niby mam ci uwierzyc ze jedziesz do swojego babki ktora cie nie cierpi, do Minesoty, na trzy lata, bo twoja mama stracila tu prace? Mam ci uwierzyc ze za pol godziny odlatujesz samolotem z ktorym odleca tez nasze mazenia. jesli tak myslisz to jestes w wielkim bledzie!!-Lzy zaczely plynac jej po policzkach, a ja nie moglam ich zatamowac ani znalezc slow zeby opisac jak mi przykro.
Wkrotce jednak juz we dwie siedzialysmy na lawce i ryczalysmy sobie do rekawow. Rozstawalysmy sie na trzy lata. nie sadzilam ze ta chwila kiedys nadejdzie. By\lysmy nierozlaczne.
Wkrotce po kolejnych pietnastu minutach, zaczelysmy sie zegnac, i to na powaznie.
-Jest przeciez skype, sa telefony i e-maile. Damy sobie rade, to tylko trzy lata. I choc moze nie bedziemy siedzialy razem w lawce przy wreczaniu dyplomow za ukonczenie szkoly, to jednak potem od razu przyjade znow do Chicago i pojdziemy razem na studia, tak jak to ustalalysmy od podstawowki. A moze nawet jesli uzbierasz to przyjedziesz do mnie za rok na cale wakacje do Minesoty, albo ja do ciebie do Chicago. Tak czy inaczej bedziemy w ciaglym kontakcie.-Skonczylam mowe nad ktora myslalam od wczorajszego wieczoru. Gdy melody ja uslyszala otarla tylko lzy, usmiechnela sie blado i powiedziala:
-ty to zawsze umiesz czlowieka pocieszyc. nie wiem co bez ciebie zrobie. Na pewno nie poznam tu drugiej takiej przyjaciolki jak ty. Wiec ty tez z nikim nie zawiazuj wielkich przyjazni.-powiedziala zaniepokojon.
-spokojnie, nikt nigdy cie nie zastapi.-Po tych slowach mel jescze bardziej sie rozweselila i powiedziala:
-Obiecaj ze nigdy o mnie nie zapomnisz.
Obiecuje...-gdy nagle z glosnikow lotniska pod ktorym siedzalysmy ktos sie wydarl "Pani Olivia White proszona na poklad samolotu! Pani Olivia..."-O nie!- wykrzyknelam i zerwalam sie z lawki.
-Bedzie mi cie brakowalo, serio-Powiedzial Melody i pospiesznie mnie uscisnela.
-Mnie ciebie tez.-Powiedzialam i popedzilam do odprawy.
Gdy przechodzilam przez bramki i dawalam stiuardesie moj dowod osobisty, uslyszalam za soba.
-Liv, zadzwon jak wyladujesz... Milej podrozy!
Moja Melody, oczywiscie ze zadzwoni, pomyslalam...
-Pani Olivio, zapraszamy na poklad samolotu.
Zegnaj Chicago, zegnaj wymarzony swiecie...
Heeeei przepraszam ze tak meeegfa dlugo nie pisalam, ale wogole nie mialam czasu chociaz sa wakacje to ja caly czas mam zajecia. Mam nadzieje ze kolejny rozsdzial sie sodobal. ;P
-Melody ja nie zartuje. Nie trajkocz tyle, za pol godziny mam samolot i chcialam ten czas spedzic na pozegnaniu z toba.-Bylo chłodne popoludnie, a ja nadal nie rozumialam czemu slonce nie wychodzilo. Przeciez byly wakacje... Jednak to w tej chwili sie nie liczylo. liczylo sie tylko by sie pozegnac. Niestety ja juz tracilam cierpliwosc od pietnastu minut probowalam wytlumaczyc Melody sytuacje. Niestety ona nadal tego nie pojmowala.
-I ze niby mam ci uwierzyc ze jedziesz do swojego babki ktora cie nie cierpi, do Minesoty, na trzy lata, bo twoja mama stracila tu prace? Mam ci uwierzyc ze za pol godziny odlatujesz samolotem z ktorym odleca tez nasze mazenia. jesli tak myslisz to jestes w wielkim bledzie!!-Lzy zaczely plynac jej po policzkach, a ja nie moglam ich zatamowac ani znalezc slow zeby opisac jak mi przykro.
Wkrotce jednak juz we dwie siedzialysmy na lawce i ryczalysmy sobie do rekawow. Rozstawalysmy sie na trzy lata. nie sadzilam ze ta chwila kiedys nadejdzie. By\lysmy nierozlaczne.
Wkrotce po kolejnych pietnastu minutach, zaczelysmy sie zegnac, i to na powaznie.
-Jest przeciez skype, sa telefony i e-maile. Damy sobie rade, to tylko trzy lata. I choc moze nie bedziemy siedzialy razem w lawce przy wreczaniu dyplomow za ukonczenie szkoly, to jednak potem od razu przyjade znow do Chicago i pojdziemy razem na studia, tak jak to ustalalysmy od podstawowki. A moze nawet jesli uzbierasz to przyjedziesz do mnie za rok na cale wakacje do Minesoty, albo ja do ciebie do Chicago. Tak czy inaczej bedziemy w ciaglym kontakcie.-Skonczylam mowe nad ktora myslalam od wczorajszego wieczoru. Gdy melody ja uslyszala otarla tylko lzy, usmiechnela sie blado i powiedziala:
-ty to zawsze umiesz czlowieka pocieszyc. nie wiem co bez ciebie zrobie. Na pewno nie poznam tu drugiej takiej przyjaciolki jak ty. Wiec ty tez z nikim nie zawiazuj wielkich przyjazni.-powiedziala zaniepokojon.
-spokojnie, nikt nigdy cie nie zastapi.-Po tych slowach mel jescze bardziej sie rozweselila i powiedziala:
-Obiecaj ze nigdy o mnie nie zapomnisz.
Obiecuje...-gdy nagle z glosnikow lotniska pod ktorym siedzalysmy ktos sie wydarl "Pani Olivia White proszona na poklad samolotu! Pani Olivia..."-O nie!- wykrzyknelam i zerwalam sie z lawki.
-Bedzie mi cie brakowalo, serio-Powiedzial Melody i pospiesznie mnie uscisnela.
-Mnie ciebie tez.-Powiedzialam i popedzilam do odprawy.
Gdy przechodzilam przez bramki i dawalam stiuardesie moj dowod osobisty, uslyszalam za soba.
-Liv, zadzwon jak wyladujesz... Milej podrozy!
Moja Melody, oczywiscie ze zadzwoni, pomyslalam...
-Pani Olivio, zapraszamy na poklad samolotu.
Zegnaj Chicago, zegnaj wymarzony swiecie...
Heeeei przepraszam ze tak meeegfa dlugo nie pisalam, ale wogole nie mialam czasu chociaz sa wakacje to ja caly czas mam zajecia. Mam nadzieje ze kolejny rozsdzial sie sodobal. ;P
Subskrybuj:
Komentarze (Atom)
